sobota, 26 lutego 2011
Rokenrol, bejbe!
Czasem się zastanawiam, co z tego mam. Głupią radochę młodzieńczych szaleństw, czy mam to we krwi? Dlaczego jestem uważany przez środowisko za kogoś wartościowego, podczas gdy faktycznie jestem najzwyczajniejszym szarakiem, jeśli chodzi o moją profesję. Muzyka. Chcąc być z tyłu, wypychają mnie na pierwszy plan. Jednego nie mogę odmówić - szacunku. Jestem jeszcze przecież gnojem, najzwyklejszym szarą pierdołą. Pierdołą, z którą zaczynają liczyć się ludzie. Zezwalając na wir szaleństw w swoim towarzystwie. Ile moich znajomych oddałoby cokolwiek za to, by poczuć choć raz to, co mnie spotyka, gdy cała śmietanka lokalnego grania bierze mnie pod swoje skrzydła. Rock'n'roll, do samego spodu. W rytmach prawdziwego grania staję ramię w ramię, żegnając już powoli tych, którzy przegrywają swoje życie niezależnie od siebie. Cios, który trzeba na siebie przyjąć. Cios, który zostanie zalany kolejnymi drinkami i kolejnymi whisky. A kto umarł, ten nie żyje! A szkło pęka dalej, w chmurze dymu i jammowania. Do rana, do świtu. 2 godziny snu, buzująca głowa, pomyłka. Raz, dwa, trzy. Nie ma mnie. Znów tu wrócę za jakiś czas, bogatszy w nowe doświadczenia. Wyrabiając swoją pozycję. A kto umarł, ten nie żyje!
niedziela, 20 lutego 2011
6:10
Pobudka. Już nie w półmroku. 50 brzuszków, 50 pompek. Poranna toaleta i coś w stylu "ooo, jak ja dziś pięknie wyglądam" (to jest podejście, dziewczyny). Kubek herbaty i szklanka z kakao. Nie pijam rano kawy, nie jestem i nie chcę być jej niewolnikiem. Do końca tej zimy już niewiele czasu. W końcu zacznę się budzić przy promykach słońca i ciepłego powietrza. Do maja 6:10 będzie wyznacznikiem mojego roboczego tygodnia. Potem zacznę już swoje życie, niewiele mniej również rutynowe. Ale jak na razie, nigdy nie wiadomo, co się dziś wydarzy, i to jest właśnie ciekawe. Hm, po raz pierwszy w życiu sobie czegoś od dziś zabraniam. Bogato nazwanych przez ludzi nałogów. Nienawidzę narzucać sobie żadnych ograniczeń, ale powiedzmy, że uczynię to wyjątkowo w imię zdrowia i czystości sumienia. Yup, let's see...
Niedzielny syf
Pieprzone niedzielne poranki. Poranne myśli zafundowały mi ponownie piękny wiosenny serial, który jawił się w delikatnych promieniach słońca. Od razu przypomniały mi się te wszystkie popierdolone miłostki, które mną wtedy targały i które zawsze stawiałem do pionu prostym "wypierdalaj, nie zasłużyłaś". Błędów się nie wybacza, nigdy. Ludzie, którzy do siebie wracają po ewidentnych błędach nie mogą być nastolatkami, bo w zdecydowanej większości wybujałe ego młodych dusz wszystko ponownie rozwali. Kwestia czasu. O starszych, dojrzałych emocjonalnie ludziach nie wspominam - tutaj wchodzi o wiele więcej czynników i, to one, z reguły wydają się wtedy gówniażerską przeszkodą. Chociaż, czy to naprawdę mnie obchodzi? Czy naprawdę muszę się parać niuansami innych osób, które i tak nigdy nie podadzą mi pomocnej dłoni? Właśnie. Ostatnimi czasy, mam niewyobrażalną jazdę na Hey. Nie wiem, co Nosowska ma w sobie, ale naprawdę idealnie łechcę moje muzyczne ego. Dodatkowo, wzmaga we mnie tą piękną siłę i wyjebkę na ludzi, którzy tylko się pałętają pod nogami, nie mogąc się określić. Zresztą, to piękne, gdy ludzie na których marnowałem tyle czasu, teraz padają przede mną prosząc o chwilę uwagi. Nie ma. Nie będzie. Życzę udanego dnia w ciągu tych żałosnych jeszcze 13,5h.
sobota, 19 lutego 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)