niedziela, 20 lutego 2011

Niedzielny syf

Pieprzone niedzielne poranki. Poranne myśli zafundowały mi ponownie piękny wiosenny serial, który jawił się w delikatnych promieniach słońca. Od razu przypomniały mi się te wszystkie popierdolone miłostki, które mną wtedy targały i które zawsze stawiałem do pionu prostym "wypierdalaj, nie zasłużyłaś". Błędów się nie wybacza, nigdy. Ludzie, którzy do siebie wracają po ewidentnych błędach nie mogą być nastolatkami, bo w zdecydowanej większości wybujałe ego młodych dusz wszystko ponownie rozwali. Kwestia czasu. O starszych, dojrzałych emocjonalnie ludziach nie wspominam - tutaj wchodzi o wiele więcej czynników i, to one, z reguły wydają się wtedy gówniażerską przeszkodą. Chociaż, czy to naprawdę mnie obchodzi? Czy naprawdę muszę się parać niuansami innych osób, które i tak nigdy nie podadzą mi pomocnej dłoni? Właśnie. Ostatnimi czasy, mam niewyobrażalną jazdę na Hey. Nie wiem, co Nosowska ma w sobie, ale naprawdę idealnie łechcę moje muzyczne ego. Dodatkowo, wzmaga we mnie tą piękną siłę i wyjebkę na ludzi, którzy tylko się pałętają pod nogami, nie mogąc się określić. Zresztą, to piękne, gdy ludzie na których marnowałem tyle czasu, teraz padają przede mną prosząc o chwilę uwagi. Nie ma. Nie będzie. Życzę udanego dnia w ciągu tych żałosnych jeszcze 13,5h.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz