Ha!
Śmieszny żarcie!
Prosty, nijaki żarcie.
Bezdenna kopio podbicia człowieka.
Drogo klauna, który łżąc chcę przedstawić swoją rolę.
Ha!
Żałosne spojrzenie zalotników obojętności!
Skarbie przegranej!
Kochanie, spojrzenie nadziei.
Uścisku osobowości!
Autorytecie masy.
Łaknący uwagi.
Rywalu.
Ha!
Ku chwale upojenia, w głębię duszy patrzący.
Złodzieju!
Upodlony, sam sobie.
Ha!
Sam na sam ze wzorem.
Zapominający drogę z przedrostkiem - "Ja".
Spójrz - raz, a dobrze.
Spójrz na pożogę tego, kim byłeś w oczach marzenia.
Dlaczego?
Czemu teraz nie uniesiesz broni?
Co z Twoim orężem?
Co z wolą i pragnieniem?
Co?!
Nie czas na wojnę.
Ba, nie mam ochoty znów się mierzyć.
Oznaką odwagi nie męstwo, a pomoc.
Nie cel, a działanie.
Otumaniony, nadal nie widzisz tego, na czym stać winnyś.
Piedestał!
Podeptany w plątaninie obyczajów.
Twój, własny. Wskazujący z dumą.
Siebie.
Ha!
A oni dalej łechcą swe podniebienia klęską, która nie zabijając - uczy.
Siebie.
Ciebie?
Tekst ten dedykuję dwóm osobom, które pojawiając się w moim życiu... myślały, że biorąc ze mnie - zyskają w moich oczach. Niedoczekanie.
.
środa, 6 kwietnia 2011
wtorek, 29 marca 2011
Spokojnym krokiem, do przodu, aż do końca...
Kraków. Nadchodząca noc, papieros w ustach i wyczekiwanie. Stukot kowbojek, setki nic nieznaczących dla mnie twarzy. Kilku żulów, którzy jak zawsze sępią, ile mogą. Telefon, sygnał, Ty. Zaraz będziesz. Kolejne wibracje. Dobijające się krzyki zazdrości. Później oddzwonię. Jesteś. Schodzisz ze schodów, początkowo nawet nie zauważasz. Po to, by nasze oczy i ciała spotkały się idealnie na przeciw siebie. Witaj, Skarbie. Uśmiech, pierwsze plany. Chwila odpoczynku i ściana pełna moich zdjęć. Co to w ogóle jest? - pytam zdziwiony. Szklanka whisky, za oknem Wisła i widok na Wawel. Chodź, Mała. Noc jest piękna. Chodźmy na balkon. Staję za Tobą i napawem zapachem Twojego ciała. Dłonią błądzę po Twoim biodrze. Kraina Rozpusty. Kolejny chłept dymu przepity whisky. Szał nocy. Parkiet. Dzikość tłumów. Mordowanie szarości, rozbierające spojrzenia innych. Chwilami, pierdolona zazdrość. Dym. Poranek. Łoże okupione Twoją bliskością, ciepłem samej Ciebie. Przytul się mocniej. Chwytasz moją dłoń kładąc ją na piersiach. Słyszę już Twój oddech, tym razem nie uciekniesz. Dzień jest przed nami długi. Nie jeden, nie dwa. Nie trzy. Spokojnie, nie gryź tak szybko. Najpierw zajmę się Tobą. Poranny śmiech rozkoszy. Lubisz to. Nie budźmy się jeszcze. Gdzie się tak śpieszysz? Chodź znów ze mną. Witajmy południe na wpół nadzy na balkonie. Otuleni tylko w koc i w siebie. Nie drap. Kolejny szał, kolejna noc. Kolejna krew, kolejny pot. Do upadłego, wiesz jak jest... Póki nie przyjdzie chwila zwaną pożądaniem. Bezgranicznym. I nim uderzy zazdrość. Nim dobije odległość. Zanim wszystko odejdzie, znów na jakiś czas. Do ponownego... "Witaj, Skarbie. Tęskniłem."
Przyznaj się w końcu. Nim Cię zabiję.
The Doors - Back Door Man
Przyznaj się w końcu. Nim Cię zabiję.
The Doors - Back Door Man
niedziela, 20 marca 2011
I'm still alive...
Jeszcze żyję. W tym całym pieprzonym maraźmie. Jak każdy, odczuwam pozytywy cieplejszej aury, która potrafi, oczywiście, dodatkowo wkurwić, ale to przecież całe piękno tego kraju. Za oknem jednak, czuję niekiedy Normandię - kochankę moich myśli. Oglądając zdjęcia w kolorowych szmatławcach widzę bezdroża okupione zielenią. Słońce, z lekkim wiatrem, niekoniecznie gorącym. Za to z ciepłym deszczem, który moczyłby mój łeb. Gdzieś tam w myślach mam obraz Holandii, w której przecież byłem przejazdem parę razy. Znów wraca przed oczy wojna, kule, krew, syf, krzyki, śmierć i cisza Normandii. Wierny krzyk oddanych poległych. Za rozkaz. Cóż mogę? Teraz? Nic. Z rękami w kieszeniach mogę przemierzać znajome mi lasy. Wspominać słowa Dziadka, wujków. W ciszy, spokoju. Nie muszę nawet wiedzieć, czy ktoś kiedyś tu zionął ducha. I tak tego nie poczuję. Wiem natomiast jedno. Gdy tylko coś wybuchnie - pójdę oddać życie pierwszy. Po to, by ktoś za kilkadziesiąt lat mógł tak jak ja, nie znając walczących, wspomnieć ich. To lepsze niż pamięć rodziny, która i tak o Tobie zapomni. Gloria victis. Nic nie sprawia mi takiego pustego bólu, a może i sadystycznej radości, jak zaciśnięte pięści z wiedzą, jak ludzie musieli cierpieć. Ku chwale apokalipsy. Machiny. Planu. Gloria victis.
Portishead - Roads
Portishead - Roads
czwartek, 10 marca 2011
Death, death, death...
Obrzeża miasta zawsze były dla mnie jakoś dziwnie nie po drodze. Zawsze jakoś mnie odrzucały. Cała ta przemysłowa otoczka nigdy nie robiła na mnie wrażenia. Oglądając raz po raz kolejne fabryki... ileż można... Uwielbiam życie. Bo ono, jak nic innego, potrafi zweryfikować wszelkie złudzenia. Wiesz dobrze skąd jesteś, wiesz dobrze, jak mnie dopadłaś. Gdzie się pierwszy raz mieliśmy dla siebie. Właśnie tam. W Twoich okolicach. Uwielbiam tamtędy spacerować. Idąc przez spokojną ulicę mijają mnie neony. Gdzieś po drugiej stronie widać dym, migocące wieże, jakieś pędzące auta. Spokój. Nie tędy. Odbijam w lewo. Spokojnym krokiem wchodzę w ciemniejsze zakamarki okolicy. Tak, tutaj czuć prawdziwe przytłoczenie industrializmem. Siadam na chodniku. Głucha cisza. Marlboro ląduje w moich ustach, ostatnie. I tak zabijamy siebie dzień w dzień. Mentalnie, chemicznie, fizycznie. Słyszę kroki, nie odwracam się, bo wiem, że to Ty. W jednym momencie staję i dochodzę do idącej nadal spokojnie przed siebie Ciebie. Witaj, Słodka, gdzie mnie dziś zabierzesz?
niedziela, 6 marca 2011
Gdy gasną światła...
Zostaje już tylko cisza. Ciemny pokój, który oświetlają tylko latarnie za oknem. A za nim samym? Leniwa noc. Dobrze wejść do tych znajomych czterech ścian. Wieczorem, z lampką wina w dłoni. Włączyć cichutko Stelara, walnąć się na łóżko. Rozwalić się bez wyrazu na pościeli wlepiając oczy w sufit, który raz po raz oświetlany jest przejeżdzającymi samochodami. Lampka jedna, druga, w końcu niknie większe pół butelki. Jest po prostu wesoło. Pozornie szczęśliwie. Wszystko zgodnie z planem. Ten sam kawałek zapętla się od jakiejś godziny. Lenistwo. Dobrze sobie Ciebie wspomnieć. Tutaj, przy mnie, w tych czterech ścian. Śmiejącą się, również przy lampce niejednego szampana. Uśmiechniętą, wpatrzoną we mnie. Naprawdę lubię, gdy napawasz się zapachem mego ciała, który gdzieś tam krąży na moim łóżku. Gdy mnie przytulasz, siedzisz wsparta na mnie. Każda chwila jest wtedy ważna. Dziwne to uczucie między nami, dziwne. Prawdziwe? Na pewno. Kiedy zamieniasz kieliszek na moje usta. Kolejne przejeżdżające za oknem auto pozwala mi zobaczyć pełne piękno Twego ciała. Delikatnego, nagiego, ocierającego się o mnie. Nawet muzyka umiera, gdy słyszę Twój oddech przy moim uchu. Czyste pożądanie, które zaraz weźmie górę. Jak zwykle, jak zawsze. Nie do znudzenia. Pozwól, że zasunę zasłonę. Nie, Ty zostań na łóżku. Nienawidzę Cię za to, że zaczynasz już teraz. Cii, obudzę Cię, gdy ten sen się skończy. Aaa, nie gryź proszę. Wiem, że to jawa. A może już nie? Chodź do mnie.
Parov Stelar - Happy End
Parov Stelar - Happy End
sobota, 26 lutego 2011
Rokenrol, bejbe!
Czasem się zastanawiam, co z tego mam. Głupią radochę młodzieńczych szaleństw, czy mam to we krwi? Dlaczego jestem uważany przez środowisko za kogoś wartościowego, podczas gdy faktycznie jestem najzwyczajniejszym szarakiem, jeśli chodzi o moją profesję. Muzyka. Chcąc być z tyłu, wypychają mnie na pierwszy plan. Jednego nie mogę odmówić - szacunku. Jestem jeszcze przecież gnojem, najzwyklejszym szarą pierdołą. Pierdołą, z którą zaczynają liczyć się ludzie. Zezwalając na wir szaleństw w swoim towarzystwie. Ile moich znajomych oddałoby cokolwiek za to, by poczuć choć raz to, co mnie spotyka, gdy cała śmietanka lokalnego grania bierze mnie pod swoje skrzydła. Rock'n'roll, do samego spodu. W rytmach prawdziwego grania staję ramię w ramię, żegnając już powoli tych, którzy przegrywają swoje życie niezależnie od siebie. Cios, który trzeba na siebie przyjąć. Cios, który zostanie zalany kolejnymi drinkami i kolejnymi whisky. A kto umarł, ten nie żyje! A szkło pęka dalej, w chmurze dymu i jammowania. Do rana, do świtu. 2 godziny snu, buzująca głowa, pomyłka. Raz, dwa, trzy. Nie ma mnie. Znów tu wrócę za jakiś czas, bogatszy w nowe doświadczenia. Wyrabiając swoją pozycję. A kto umarł, ten nie żyje!
niedziela, 20 lutego 2011
6:10
Pobudka. Już nie w półmroku. 50 brzuszków, 50 pompek. Poranna toaleta i coś w stylu "ooo, jak ja dziś pięknie wyglądam" (to jest podejście, dziewczyny). Kubek herbaty i szklanka z kakao. Nie pijam rano kawy, nie jestem i nie chcę być jej niewolnikiem. Do końca tej zimy już niewiele czasu. W końcu zacznę się budzić przy promykach słońca i ciepłego powietrza. Do maja 6:10 będzie wyznacznikiem mojego roboczego tygodnia. Potem zacznę już swoje życie, niewiele mniej również rutynowe. Ale jak na razie, nigdy nie wiadomo, co się dziś wydarzy, i to jest właśnie ciekawe. Hm, po raz pierwszy w życiu sobie czegoś od dziś zabraniam. Bogato nazwanych przez ludzi nałogów. Nienawidzę narzucać sobie żadnych ograniczeń, ale powiedzmy, że uczynię to wyjątkowo w imię zdrowia i czystości sumienia. Yup, let's see...
Niedzielny syf
Pieprzone niedzielne poranki. Poranne myśli zafundowały mi ponownie piękny wiosenny serial, który jawił się w delikatnych promieniach słońca. Od razu przypomniały mi się te wszystkie popierdolone miłostki, które mną wtedy targały i które zawsze stawiałem do pionu prostym "wypierdalaj, nie zasłużyłaś". Błędów się nie wybacza, nigdy. Ludzie, którzy do siebie wracają po ewidentnych błędach nie mogą być nastolatkami, bo w zdecydowanej większości wybujałe ego młodych dusz wszystko ponownie rozwali. Kwestia czasu. O starszych, dojrzałych emocjonalnie ludziach nie wspominam - tutaj wchodzi o wiele więcej czynników i, to one, z reguły wydają się wtedy gówniażerską przeszkodą. Chociaż, czy to naprawdę mnie obchodzi? Czy naprawdę muszę się parać niuansami innych osób, które i tak nigdy nie podadzą mi pomocnej dłoni? Właśnie. Ostatnimi czasy, mam niewyobrażalną jazdę na Hey. Nie wiem, co Nosowska ma w sobie, ale naprawdę idealnie łechcę moje muzyczne ego. Dodatkowo, wzmaga we mnie tą piękną siłę i wyjebkę na ludzi, którzy tylko się pałętają pod nogami, nie mogąc się określić. Zresztą, to piękne, gdy ludzie na których marnowałem tyle czasu, teraz padają przede mną prosząc o chwilę uwagi. Nie ma. Nie będzie. Życzę udanego dnia w ciągu tych żałosnych jeszcze 13,5h.
sobota, 19 lutego 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)