sobota, 26 lutego 2011

Rokenrol, bejbe!

Czasem się zastanawiam, co z tego mam. Głupią radochę młodzieńczych szaleństw, czy mam to we krwi? Dlaczego jestem uważany przez środowisko za kogoś wartościowego, podczas gdy faktycznie jestem najzwyczajniejszym szarakiem, jeśli chodzi o moją profesję. Muzyka. Chcąc być z tyłu, wypychają mnie na pierwszy plan. Jednego nie mogę odmówić - szacunku. Jestem jeszcze przecież gnojem, najzwyklejszym szarą pierdołą. Pierdołą, z którą zaczynają liczyć się ludzie. Zezwalając na wir szaleństw w swoim towarzystwie. Ile moich znajomych oddałoby cokolwiek za to, by poczuć choć raz to, co mnie spotyka, gdy cała śmietanka lokalnego grania bierze mnie pod swoje skrzydła. Rock'n'roll, do samego spodu. W rytmach prawdziwego grania staję ramię w ramię, żegnając już powoli tych, którzy przegrywają swoje życie niezależnie od siebie. Cios, który trzeba na siebie przyjąć. Cios, który zostanie zalany kolejnymi drinkami i kolejnymi whisky. A kto umarł, ten nie żyje! A szkło pęka dalej, w chmurze dymu i jammowania. Do rana, do świtu. 2 godziny snu, buzująca głowa, pomyłka. Raz, dwa, trzy. Nie ma mnie. Znów tu wrócę za jakiś czas, bogatszy w nowe doświadczenia. Wyrabiając swoją pozycję. A kto umarł, ten nie żyje!

2 komentarze: