czwartek, 10 marca 2011
Death, death, death...
Obrzeża miasta zawsze były dla mnie jakoś dziwnie nie po drodze. Zawsze jakoś mnie odrzucały. Cała ta przemysłowa otoczka nigdy nie robiła na mnie wrażenia. Oglądając raz po raz kolejne fabryki... ileż można... Uwielbiam życie. Bo ono, jak nic innego, potrafi zweryfikować wszelkie złudzenia. Wiesz dobrze skąd jesteś, wiesz dobrze, jak mnie dopadłaś. Gdzie się pierwszy raz mieliśmy dla siebie. Właśnie tam. W Twoich okolicach. Uwielbiam tamtędy spacerować. Idąc przez spokojną ulicę mijają mnie neony. Gdzieś po drugiej stronie widać dym, migocące wieże, jakieś pędzące auta. Spokój. Nie tędy. Odbijam w lewo. Spokojnym krokiem wchodzę w ciemniejsze zakamarki okolicy. Tak, tutaj czuć prawdziwe przytłoczenie industrializmem. Siadam na chodniku. Głucha cisza. Marlboro ląduje w moich ustach, ostatnie. I tak zabijamy siebie dzień w dzień. Mentalnie, chemicznie, fizycznie. Słyszę kroki, nie odwracam się, bo wiem, że to Ty. W jednym momencie staję i dochodzę do idącej nadal spokojnie przed siebie Ciebie. Witaj, Słodka, gdzie mnie dziś zabierzesz?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
do piekła bejbe ;-) tam gdzie wszyscy skończą ...
OdpowiedzUsuńWidzę, że się rozumiemy. Tylko tam skończymy.
OdpowiedzUsuń